SuperKot

SuperKot to kotka, która po opuszczeniu przeze mnie gniazda rodzinnego została z rodzicami. Żyła zawsze na wolności więc nie mogłam jej zabrać ze sobą i zamknąć w mieszkaniu. Kota miała warunki super. Wysterylizowana, odrobaczana, szczepiona. Wychodziła i wracała kiedy chciała. Jak upolowała ptaka to ze zjedzeniem czekała aż ktoś z domowników zobaczy zdobycz, którą zostawiała na wycieraczce. Super przytulaśna i głaskliwa była. W dodatku to mruczenie… Miała 7 lat.

SuperKot.

W domu pojawiałam się co dwa tygodnie. W styczniu 2009 roku kot zaczął się dziwnie zachowywać tzn. trochę pogorszył się apetyt, kota zaczęła układać się w miejscach, w których wcześniej nie występowała (zlew, umywalka w łazience), była ogólnie ospała. Tata zabrał ją do weta, który stwierdził że to jakieś przeziębienie i dał antybiotyk. Gdy przyjechałam po dwóch tygodniach kot był w jeszcze gorszym stanie. Ewidentnie antybiotyki które dostał nie działały. Kot praktycznie utracił apetyt.

Postanowiłam zmienić weta. W sobotę w kolejnej lecznicy powiedzieli, że nie wiedzą co jest i że zrobią badania ale najpierw trzeba kota nawodnić bo nie da się pobrać krwi. W niedzielę było nie wiele lepiej. Po drugiej kroplówce, wieczorem kot odrobinę zjadł, wypił mleko, zrobił siku, ale było z nim naprawdę bardzo źle. Było widać że cierpi. Zabrałam go do lecznicy całodobowej, tym razem w Krakowie. Na miejscu okazało się, że kot jest odwodniony, ma wysoką temperaturę i dalej nie wiadomo co mu jest. Została tam na noc. Rano w poniedziałek miała mieć zrobione badania krwi pod warunkiem że do tego czasu dożyje.

Dożyła. Badania wyszły fatalnie. Niektórych wartości nie dało się w ogóle oznaczyć. Miała anemię. Wątroba przestała pracować. Nerki ledwo pracowały. Wyjścia były dwa. Przeszczep wątroby z minimalną szansą na uratowanie lub uśpienie. To była najgorsza decyzja jaką musiałam podjąć. Patrzyłam na nią i widziałam jej cierpienie w oczach mimo środków przeciwbólowych jakie dostawała. Postanowiłam ją uśpić. Nie pozwolili mi przy niej być do samego końca. Pożegnałam się i ją zabrali. Po 15 minutach oddali koszyk z zawiniętym kotem w środku. Do domu (Kraków>Bochnia – 40 min) wracałam z Tatą. W ciszy. Po przyjeździe była jeszcze ciepła. Tata poszedł ją zakopać w ogrodzie.

W lecznicy zrobili wszystko co mogli. Okazało się, że kota miała bardzo rzadką chorobę przenoszoną przez ptaki. Nie pamiętam jej nazwy, ale choroba ta polega na wyniszczaniu organizmu. Powoduje utratę apetytu co z kolei prowadzi do powstania anemii co wpływa na nieprawidłowe działanie pozostałych narządów. Ponieważ nie jadła przez kilka dni tyle ile powinna wątroba przestała działać. I to był koniec. Żałuję że od razu jej nie zabrałam do Krakowa jak tylko pierwsze objawy się pojawiły.

Miała dobre życie. Dała nam tak wiele radości. To co tak uwielbiała czyli polowanie na ptaki ją zabiło.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.